Atak na lotnisko w Rijadzie to kolejny niebezpieczny moment konfliktu na Bliskim Wschodzie

Nad terminalem lotniska w Rijadzie, stolicy Arabii Saudyjskiej, unosi się dym. Na pierwszym planie, przy zaparkowanych samochodach, stoją patrzący w niebo kierowcy.
    • Autor, Frank Gardner
    • Stanowisko, Korespondent ds. bezpieczeństwa
    • Autor, Jon Donnison
    • Relacja z, Jerozolima
  • Data publikacji
  • Czas czytania: 4 min

Sobotni atak na międzynarodowe lotnisko Króla Chalida w Rijadzie to kolejny niebezpieczny moment w regionie, w którym i tak nie brakuje napięć i konfliktów.

Wskutek ataku zginęło co najmniej 12 osób, a setki innych odniosły obrażenia. Pociski uderzyły w główne lotnisko w saudyjskiej stolicy - jeden z najważniejszych elementów infrastruktury królestwa.

Jemeńscy rebelianci Huti ostrzegli później przewoźników przed korzystaniem z saudyjskich lotnisk, podsycając obawy o bezpieczeństwo cywilnych lotów w regionie.

Władze w Rijadzie nie były na to gotowe.

Huti od tygodni nasilają ataki na terytorium Arabii Saudyjskiej. W ciągu ostatnich kilku dni ucierpiała krytyczna infrastruktura kraju, w tym główne lotnisko w stolicy. Wygląda na to, że pociski z łatwością przebiły się przez saudyjską ochronę powietrzną.

Szkody materialne można szybko naprawić. Trudniej będzie odbudować reputację Arabii Saudyjskiej jako regionalnej oazy stabilności.

Jednocześnie z atakami na lotniska Huti dążyli do przejęcia kontroli nad strategicznymi pozycjami wzdłuż wybrzeża Morza Czerwonego i wokół cieśniny Bab al-Mandab.

Choć rząd Jemenu twierdzi, że „zabezpieczył” cieśninę, działania Hutich mogą zagrażać żegludze wzdłuż tego kluczowego korytarza morskiego.

Wojna domowa w Jemenie trwa już od ponad dekady. Toczy się pomiędzy uznanym na arenie międzynarodowej i wspieranym przez Rijad rządem a Huti, rebeliantami sprzymierzonymi z Iranem. Konflikt pochłonął wiele tysięcy ofiar i skutkował jednym z najgorszych kryzysów humanitarnych na świecie.

Najnowszą eskalację należy postrzegać w szerszym kontekście napięć między Iranem, USA i Izraelem.

Duża grupa osób stoi za barierkami przed nowoczesnym budynkiem terminala. Po lewej stronie biała ściana budynku, z rzędami łuków i kolumn. Przed budynkiem ciągnie się szeroki chodnik wyłożony płytkami. W tle miejska zabudowa i zielone korony drzew.
Podpis zdjęcia, Pasażerowie odwołanych lotów czekali na wiadomości przed lotniskiem
Mężczyzna w czerwonym T-shircie, z zaniepokojonym wyrazem twarzy, spogląda lekko w bok. Za nim grupa innych mężczyzn i biała ściana terminalu lotniska.
Podpis zdjęcia, Mohammad Jubair powiedział agencji Reuters, że przed nagłym odwołaniem lotu nie otrzymał żadnego ostrzeżenia

Arabia Saudyjska nie stała przed tak poważnym niebezpieczeństwem od czasu rebelii Al-Kaidy w pierwszej dekadzie XXI wieku.

Saudyjski rząd poradził sobie z tym wyzwaniem dzięki skutecznym kampaniom społecznym. Przetrwał też protesty tzw. arabskiej wiosny, które pozbawiły władzy przywódców Tunezji, Libii, Egiptu i Jemenu.

Władz nie wzruszył szczególnie nawet marcowy atak irańskich pocisków balistycznych na Rijad.

Ostatnie wydarzenia zmieniają jednak obraz sytuacji. Arabia Saudyjska ma jedne z najpotężniejszych sił powietrznych na Bliskim Wschodzie i przeprowadza niszczycielskie naloty na pozycje Hutich w Jemenie. Mimo to rebeliantom udało się zająć duże obszary tego kraju, szczególnie na północy i zachodzie.

Huti wiedzą też dokładnie, gdzie uderzać: w słabe punkty saudyjskiej gospodarki.

Rebelianci są strategicznym partnerem Iranu i częścią sponsorowanej przez Teheran „osi oporu”. Z zabójczą precyzją wystrzeliwują drony i pociski, od saudyjskiego miasta Dżizan nad Morzem Czerwonym po kompleks petrochemiczny w Khurais.

Szlak żeglugowy przez Morze Czerwone zyskał ostatnio na znaczeniu, ponieważ cieśnina Ormuz - po drugiej stronie Zatoki Perskiej - wciąż nie została w pełni otwarta. Irańskie władze zamknęły ją wskutek wojny rozpoczętej w lutym przez USA i Izrael, która wciąż nie zakończyła się porozumieniem.

Huti próbują wywierać nacisk na społeczność międzynarodową, atakując statki na Morzu Czerwonym. Ataki odbijają się na światowej gospodarce, co stanowi dla Teheranu kluczową kartę przetargową.

Dwóch mężczyzn z bronią, w niebieskich kamuflażowych mundurach, stoi przed dużym muralem. Mural przedstawia uniesione w niebo karabiny, transparenty i wyciągnięte w górę dłonie.
Podpis zdjęcia, Uzbrojeni Huti pełnią wartę na piątkowym proteście przeciw Arabii Saudyjskiej w Sanie, stolicy Jemenu

Biały Dom oświadczył na początku września, że USA nie będą bezpośrednio interweniować w konflikcie w Jemenie, ale mogą udzielić Saudyjczykom wsparcia wywiadowczego.

Waszyngton ogłosił później, że zaczął dostarczać władzom w Rijadzie informacji wywiadowczych i wysłał do Arabii Saudyjskiej ekspertów wojskowych.

Sytuacja może jednak przybrać nowy obrót po najnowszym ataku na Rijad, w którym zginął obywatel USA.

W rozmowie z mediami prezydent Donald Trump nazwał sobotni atak „strasznym” i zasugerował, że Waszyngton może podjąć zbrojną interwencję u boku Saudyjczyków.

„Właśnie dowiedzieliśmy się o niedawnym ataku, więc podejmiemy decyzję. Działamy bardzo szybko," powiedział Trump.

Mało prawdopodobne wydaje się jednak, że USA interweniują przed kluczowymi wyborami uzupełniającymi w listopadzie.

Po ponownym objęciu prezydentury w 2024 roku Trump obiecał położyć kres zaangażowaniu Waszyngtonu w wojny na całym świecie.

Mimo to USA pozostają uwikłane w trzy nierozwiązane konflikty na Bliskim Wschodzie: w Strefie Gazy, Libanie i Iranie.

Jeśli Trump wda się w kolejną wojnę, tym razem w Jemenie, wyborcy raczej nie przyjmą tego z zadowoleniem.

Wszystko wskazuje na to, że konflikt będzie się nasilać, nim zakończy się kolejnym niepewnym rozejmem - z udziałem USA lub bez niego.

Dodatkowa analiza: Abdelbassir Hassan, BBC Arabic

Przy tłumaczeniu tego artykułu, który oryginalnie był napisany w języku angielskim, użyto narzędzi AI. Dziennikarz BBC sprawdził tłumaczenie przed publikacją. Więcej o tym, jak używamy AI.

Edycja: Joanna Kozłowska